Dziś będzie o zjawisku zupełnie dla mnie niezrozumiałym, a zataczającym coraz to szersze kręgi: o blogach "książkowych"
Recenzują płytkie książki dla intelektualnie kalekich ludzi, w dodatku w kiepski sposób (zamieściłem tu, póki co, jedną recenzję książki - sugeruję porównać ją ze swoimi wypocinami, kochane bloggerki), a jednoczesnie mają rzesze obserwatorów. To trochę jak z muchami zlatującymi się do gówna. Co więcej, istnieją całe wydawnictwa specjalizujące się w marnowaniu papieru na te ich niedorobione książki, które w dodatku nawiązują z tymi domorosłymi recenzentkami współpracę.
Konkretnych przykładów podawać nie będę choćby z tego względu, aby nie nie ulepszać im pozycjonowania nawet tym skromnym i niszowym zapleczem czytelniczym, jakim tu dysponuję.
Nie, to nie jest tak, że zazdroszczę: musiałbym upaść naprawdę nisko, aby zazdrościć bycia kimś takim i posiadania takiej grupy odbiorców. Ja tylko wyrzucam z siebie żółć, jestem wszak trollem, brzydkim i złośliwym stworzeniem, które chce tylko czynić innym szkodę.
Chcę zniszczyć wasze żałosne życia i potraktujcie to jako akt miłosierdzia, bo tym w istocie będzie uwolnienie was z okowów waszej pozbawionej znaczenia egzystencji.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
piątek, 20 grudnia 2013
Kristallnacht, heilige Nacht.
Można już powoli zacząć oficjalnie narzekać na wszechobecny świąteczny blichtr i nachalną propagandę, która każe nam cieszyć się ze wszystkiego wokół. Czas rozpocząć wielki festiwal obłudy polegający na uczestniczeniu w zakupowym amoku i fałszywej życzliwości wobec osób, które najchętniej pocięlibyśmy nożem. Drewnianym. Najwyższa pora, aby zacząć narzekać na bezmyślny tłum pełen konformistycznych robotów, samemu będąc jego częścią. Sam to właśnie czynię i sprawia mi to ogromną satysfakcję, ale ja jestem tylko złośliwym i niezbyt inteligentnym trollem, więc mi wolno. Nie omieszkam też poskarżyć się na wszechobecność tych przesłodzonych piosenek o tematyce świątecznej. Ba, zdarzyło mi się nawet raz usłyszeć to cholerne "Last Christmas" i kilka piosenek nawiązujących do narodzin pewnego proroka. A skoro już jesteśmy przy temacie jego narodzin, to osobiście wolę, gdy śpiewa się o nim w ten sposób:
Pozostaje mi tylko życzyć każdemu tego, co najlepsze:
- Kobietom, aby wszystko, co zjedzą, poszło im gdziekolwiek, tylko nie w cycki
- Ludziom z natury aspołecznym życzę konieczności obcowania z dawno niewidzianą rodziną i konieczności ciągłego sprawiania wrażenia czerpania z tego przyjemności. Chcę, abyście przeklinali te dni w swoich myślach i po świętach byli bardziej zmęczeni życiem, niż przed nimi.
- Osobom religijnym, a zwłaszcza katolikom, życzę jak najczęstszych szyderstw i oskarżeń o podtrzymyanie zabobonów. Chcę, abyście w okresie świąt byli szczególnie świadomi tego, że wpływ waszej religii na życie ludzi nieubłaganie słabnie z każdym kolejnym dniem. Z każdą minutą. Z każdym przeczytanym na tym blogu słowem. Teraz. Cały czas.
- Wojującym ateistom życzę wewnętrznego cierpienia, gdy kolejny raz zmuszą się do konformizmu i ulegną społecznej presji uczestnictwa w obrzędach religijnych. Szczerze liczę na to, że będziecie czuć się źle.
- Osobom samotnym życzę, aby bombardujące ich z każdej strony komunikaty o rodzinnych i pełnych ciepła świętach podniosły ich zwyczajne cierpienie do nieznośnego poziomu. Niech wasza samotność będzie niczym otwarta rana, którą ktoś właśnie posypał solą. Macie cierpieć katusze i mysleć o odebraniu sobie życia.
Niech gwiazdor albo Dziadek Mróz przyniosą wam wszystkim coś pięknego i wartościowego. Na przykład zagładę.
P.S. To pierwsza notka z tagiem "pseudofilozofia" - dlaczego taki? Wychodzę z prostego założenia, że prawdziwych filozofów dawno już nie ma, a w dobie post(czy właściwie post-post)modernizmu nie jesteśmy zdolni do uprawiania autentycznej filozofii
Pozostaje mi tylko życzyć każdemu tego, co najlepsze:
- Kobietom, aby wszystko, co zjedzą, poszło im gdziekolwiek, tylko nie w cycki
- Ludziom z natury aspołecznym życzę konieczności obcowania z dawno niewidzianą rodziną i konieczności ciągłego sprawiania wrażenia czerpania z tego przyjemności. Chcę, abyście przeklinali te dni w swoich myślach i po świętach byli bardziej zmęczeni życiem, niż przed nimi.
- Osobom religijnym, a zwłaszcza katolikom, życzę jak najczęstszych szyderstw i oskarżeń o podtrzymyanie zabobonów. Chcę, abyście w okresie świąt byli szczególnie świadomi tego, że wpływ waszej religii na życie ludzi nieubłaganie słabnie z każdym kolejnym dniem. Z każdą minutą. Z każdym przeczytanym na tym blogu słowem. Teraz. Cały czas.
- Wojującym ateistom życzę wewnętrznego cierpienia, gdy kolejny raz zmuszą się do konformizmu i ulegną społecznej presji uczestnictwa w obrzędach religijnych. Szczerze liczę na to, że będziecie czuć się źle.
- Osobom samotnym życzę, aby bombardujące ich z każdej strony komunikaty o rodzinnych i pełnych ciepła świętach podniosły ich zwyczajne cierpienie do nieznośnego poziomu. Niech wasza samotność będzie niczym otwarta rana, którą ktoś właśnie posypał solą. Macie cierpieć katusze i mysleć o odebraniu sobie życia.
Niech gwiazdor albo Dziadek Mróz przyniosą wam wszystkim coś pięknego i wartościowego. Na przykład zagładę.
P.S. To pierwsza notka z tagiem "pseudofilozofia" - dlaczego taki? Wychodzę z prostego założenia, że prawdziwych filozofów dawno już nie ma, a w dobie post(czy właściwie post-post)modernizmu nie jesteśmy zdolni do uprawiania autentycznej filozofii
poniedziałek, 16 grudnia 2013
Całuj tyłek czarnego kota.
Tym razem wracamy do opisywania muzyki, ale jeszcze nie wybieramy się do lasu (nie samym black metalem człowiek żyje), obiecuję jednak, że nie zabraknie klimatu. I miłości do zwierząt.Czy zespół o takiej nazwie można traktować poważnie? Czy od obcowania z ich twórczością dowolnemu facetowi spodnie gwałtownie nie zwężą się do rozmiarów hipsterskich rurek tudzież miażdżących genitalia jeansów popularnych wśród thrasherów? Czy po włączeniu ich dowolnego kawałka nie nachodzi człowieka na cyknięcie samojebki i opatrzenie jej jakimś przemądrzałym podpisem helveticą?
Wszelkim bogom (poza Allahem i Jahwe, bo śmierdzą) dziękować, ale nic takiego nie ma miejsca. Belgowie z Kiss the Anus of a Black Cat bronią się swoją muzyką - muzyką specyficzną, oscylującą wokół lekkiego rocka i neofolku. W dźwiękach generowanych przez zespół można doszukać się czegoś rytualnego i transowego, a głos ekspresyjny wokalisty zawiera w sobie dużą dawkę emocji. Szczególnie wróżnić należy kawałek, który wciągnął mnie od pierwszego usłyszenia, czyli niesamowicie hipnotyczne "Veneration", które często zdarzało mi się zapętlić. Jest to absolutnie najlepszy punkt albumu, zwłaszcza, gdy utwór się już rozkręci.
Grupę poleciłbym osobom, które lubią się przemądrzać i wozić tym, jakiej to alternatywnej, niszowej i ambitnej rockowej muzyki oni nie słuchają - Kiss the Anus of a Black Cat pozamiata ich przereklamowany chłam i być może jeszcze wyrośnie z tych ludzi coś dobrego, a nie tylko kolejny materiał do utylizacji. Muzyka powinna się też spodobać fanom neofolkowych klimatów, którzy dopuszczają odstępstwa od formuły wypracowanej przez brytyjską "świętą trójcę" tego nurtu, a także wszystkim spragnionym szczerej, niebanalnej i przyjemnej w odbiorze muzyki.
P.S. Nazwa sama w sobie nawiązuje do średniowiecznego rytuału - czarna koszka była bowiem wg powszechnych wierzeń wcieleniem diabła, zatem wiedźmy, chcąc oddać na sabacie cześć szatanowi, całowały kocią dupę jego awatara.
piątek, 13 grudnia 2013
"Każde przetrwanie to zwycięstwo improwizacji"
Do tej pory recenzowałem same płyty,
pomyślałem zatem, że warto byłoby napisać coś o jakiejś
książce, aby zachować pewną równowagę. Będzie zatem o książce,
a nawet o czterech – tyle bowiem tomów liczy sobie dość
popularny ostatnio cykl Jarosława Grzędowicza o Vuko Drakkainenie
vel Ulfie Nitj’sefni, czyli „Pan Lodowego Ogrodu”.
Szczegółów fabuły, rzecz jasna, zdradzać nie zamierzam, muszę jednak nadmienić, że lektura książki jest bardzo przyjemna i potrafi wciągnąć na wiele godzin, ale w żadnym wypadku nie jest to czas zmarnowany, ponieważ, oprócz wzbogacenia swojego słownictwa o fińskie i chorwackie przekleństwa, czytelnik dowie się wielu przydatnych rzeczy, przykładowo tego, że każdy mężczyzna potrafi w czarodziejski sposób napełnić naczynie,
Ja jednak chciałem naskrobać kilka
słów o czymś, co czyni tę książkę czymś więcej, niż tylko
kolejnym „średniowiecznopodobnym” czytadłem (na szczęście bez
metroseksualnych elfów w tle) – a jest to otoczka i aluzje do
naszego świata. Kim jest bowiem protagonista? To mieszkaniec naszej
pięknej planety, pochodzący z niedalekiej przyszłości, do której
konsekwentnie zmierza miłościwie nam panująca klasa eurokratów...
i w tym tkwi właśnie cały urok tej powieści: Jarosław Grzędowicz
zdaje się mieć bardzo krytyczne zdanie na temat tego, co obecnie ma
miejsce. Próbuje poprzez porównania, jakie wysnuwa jego bohater wędrujący
po quasi-średniowiecznej planecie, pobudzić czytelnika do tego, aby
zaczął zastanawiać się, czy aby obecnie nie próbuje się nam w
białych rękawiczkach i poprzez tylną furtkę wprowadzić swego
rodzaju totalitaryzmu. Zadaje pytanie o zasadność inwigilacji w
imię bezpieczeństwa, zwraca też uwagę na istne zatrzęsienie
coraz to nowych przepisów, które próbują regulować każdy,
najbardziej nawet prozaiczny, aspekt naszego życia w imię
chronienia nas przed nami samymi. Autor przestrzega także przed
wszelkiego rodzaju inżynierami społecznymi, którzy chcą dopasować
człowieka do wymyślonego przez siebie doskonałego świata, w
interesujący sposób pokazuje też, co może się stać, gdy takowi
inżynierowie uzyskają nagle dostęp do odpowiednich narzędzi.
Grzędowicz uczynił ze swojego
światopoglądu swoistą oś, wokół której kręci się cała
powieść – dla pewnych osób może być to problem, zwłaszcza,
jeśli sami mają odmienne od autora zdanie, ja jednak jestem z
takiego obrotu sprawy zadowolony. Może się to wydać twierdzeniem
nieco na wyrost, ale doszukiwałbym się wręcz swego rodzaju próby
uczynienia „Pana Lodowego Ogrodu” powieścią filozoficzną, a
osobiście uważam, że formuła powieści fantasy jest
przyjemniejsza w odbiorze od opowiastki o chłopcu oswajającym lisy,
jest bowiem mniej nachalna ze swoim dydaktyzmem. Dodatkowo, możemy
tu też znaleźć typowe dla literatury s-f motywy antyutopii, żeby
wspomnieć choćby „My” Zamiatina (uwaga, wtrącenie-przechwałka:
autor recenzji czytał to w oryginale) czy tez „Limes Inferior”
Zajdla.
Na koniec dodam, że swą powieścią
Grzędowicz odpowiada na pytanie, dlaczego wszelkiej maści
genderystów, tolerastów i radykalne feministki należy
profilaktycznie poddać utylizacji, tak po prostu, na wsiakij
słuczaj.
P.S. Okładki z obrazka pochodzą z drugiego wydania i są po wielokroć lepsze od posiadanych przeze mnie pierwszych wydań, zatem jak kogoś na nie stać, niech bierze w ciemno.
sobota, 7 grudnia 2013
Tym razem jeszcze odgrzewany, ale pichci się już kilka nowych kąsków.
Ludziom dobrze zorientowanym w klimatach EBM Tyske Ludder przedstawiać nie trzeba, a znajdą się także i tacy, którym daleko do znawców (do czego bez bicia przyznaje się autor tejże recenzji) tego nurtu, a mimo wszystko zetknęli się nie tylko z tuzami gatunku pokroju Suicide Commando czy:Wumpscut:, ale także z twócami "Diaspory".Jaka jest "Diaspora"? Czy jako całość dorównuje rewelacyjnemu "Anonymous"? Czy zawiera miażdżące hity na miarę starego "Hexenjagd" i "Monotonie"? Odpowiedzi znajdziecie właśnie w tej recenznzji, zatem nie szukajcie ich już nigdzie indziej!
W nastrój panujący na najnowszym albumie Tyske Ludder wprowadza nas intro, w którym słyszymy komputerowo przesterowany głos przemawiający do nas po niemiecku. O czym mówi, niestety nie wiem, ale samo brzmienie tego języka zapowiada solidną dawkę tego, co najbardziej liczy się w muzyce elektronicznej wg pewnej popularnej w sieci przeróbki filmu z austriackim malarzem.
Kolejne trzy utwory w pewnej części się z tej zapowiedzi wywiązują, atakując słuchacza całkiem szybkimi bitami okraszonymi szorstkimi niemieckimi wokalami, do których grupa zdążyła przyzwyczaić. Następnie, wraz z utworem tytułowym wkrada się nieco przebojowości w postaci refrenu, który bardzo przyjemnie wpada w ucho.
Kawałek "For Their Glory", poza językiem, w jakim jest wykonany, odróżnia się też sporą ilością czystych wokali. Nie należy się jednak obawiać, agresywny bit i silny emocjonalny wydźwięk sampli chroni nasze uszy przed nadmiarem słodyczy i bez problemu odsieje ugrzecznionych metroseksualnych chłopców z kablami we włosach.
Następne, co zapada w pamięć, to skoczny i niemalże wesoły początek utworu "Nur ein Traum", który jednak płynnie przechodzi w ciężki elektroniczny walec. Dalej słyszymy średnie i szybsze tempa, ciężkie sample i zadarte wokale, czyli to, co najlepsze u Nierządnicy. Opisywanie wszystkich utworów po kolei nie miałoby większego sensu... aż do dwóch ostatnich.
"Abgesang (Northborne Remix)", to następna mocna rzecz w repertuarze usług Tyske Ludder, zdecydowanie warta każdej ceny. Niesamowicie pulsujący bit, który sprawia, że przed oczami pojawia się obraz dyskoteki pełnej rosłych blondynów w czarnych mundurach i ponętnych blondynek o zmysłowych krągłościach ciasno opiętych przez skórzane gorsety. To pewnie przez ten niemiecki język, który jest wprost stworzony do takiej muzyki. Wisienką na torcie jest utwór, który zarówno tytułem, jak i rytmem nawiązuje do najlepszego moim zdaniem aktu Nierządnicy, czyli "Anonymous". Posłuchajcie sami.
W tym momencie czas na odrobinę narzekań, garść osobistych wynurzeń i podsumowanie - "Anonymous" Tyske Ludder to pierwszy album EBM, jakiego posłuchałem i stał się on moim prywatnym punktem odniesienia przy kolejnych spotkaniach z tego typu brzmieniami. Wiąże się też z nim wiele miłych wspomnień, do których ten (jak to swego czasu błyskotliwie wykombinowaliśmy ze znajomymi) "Rammstein bez gitar" pełnił rolę ścieżki dźwiękowej.
Podsumowując, "Diaspora" w żadnym wypadku nie jest zła, ale jeśli przypadkiem bardzo spodobał Ci się "Anonymous", to istnieje duże prawdopodobieństwo, że do najnowszego aktu Tyske Ludder nie będziesz wracać zbyt często, pomijając może wyróżnione powyżej utwory. "Diaspora" jest najzwyczajniej w świecie słabsza, ale sądzę, że osobom pozbawionym opisanego przeze mnie skrzywienia może się spodobać, to wszak nadal bardzo konkretny EBM.
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Wymiot, który wyrzuciłem na portal alternation. Zamieszczam także i u siebie. Bo mogę.
Nowe wydawnictwo Legionarii powinno się spodobać przede wszystkim koneserom stylu martial (czy też, jak sami muzycy określają swoją twórczość i zachęcają do nazywania tak całego nutru – military) industrial. Jeśli komuś, kto twórczość Triarii zna już na wyrywki, nadal mało tego typu muzyki, powinien sprawdzić, co mają do zaoferowania młodsi legioniści. Historyczną analogię można pociągnąć dalej i stwierdzić, że w porównaniu ze wspomnianą grupą są jeszcze wprawdzie na poziomie hastati, są to jednak bardzo zawzięci hastati, którym rychło wróżę awans w szeregi principes.Komu jeszcze może się spodobać to wydawnictwo? Z pewnością ludziom, którzy są zainteresowani szeroko rozumianą tematyką wojenną i podoba się im motyw wojny w sensie estetycznym, a z jakichś powodów nie mają ochoty na black metal. Miłośników pewnych niszowych odmian tego ostatniego powinny także przyciągnąć niemieckojęzyczne tytuły utworów takich jak "Ahnenerbe" i "Sieg!". Oba, poza miło kojarzącymi się nazwami, mają też żwawy i przyjemny rytm, a z tego pierwszego możemy dodatkowo dowiedzieć się nieco na temat pewnego stowarzyszenia (aczkolwiek zakładam, że wśród miłośników tego typu muzyki nie ma ludzi, którzy by przynajmniej nie kojarzyli tejże nazwy).
Polubią ją też miłośnicy podniosłej atmosfery i patosu, potrafiący docenić majestatyczne neoklasyczne brzmienie i dudniące bębny. Jest to muzyka, która potrafi skłonić do zadumy, wzbudzić tęsknotę za światem wartości, które nigdy już nie powrócą, a jednocześnie potrafi dać siłę, aby chociaż podjąć próbę walki z wszechogarniającymi marazmem i kosmpolityzmem i ocalić przymajmniej cząstkę tego świata, gdzieś na dnie własnej duszy.
Muzyka Legionarii spodobać się powinna także osobom, których światopogląd odbiega od wytyczonych przez polityczną poprawność kanonów.
Pisać, komu się nie spodoba, nie ma chyba sensu, bo takie osoby niemal automatycznie klasyfikują tego typu brzmienia jako propagandowy nośnik wiadomych treści i nawet nie spróbują zrozumieć, o co tu chodzi. I dobrze, bo to czyni cały nurt martial (czy też military) odpowiednio niszowym, żeby nie napisać: elitarnym.
Żelazny Legion maszeruje dalej!
poniedziałek, 25 listopada 2013
eM osiem eL osiem Te Ha
W poprzednim poście wspominałem o ruchu we współczesnej w muzyce, którego jednym z postulatów jest ponowne uruchomienie obozów koncentracyjnych, prawda? Mimo, że sam nie przepadam za wąsatym malarzem z Austrii, to darzę pewnym sentymentem zespoły mniej lub bardziej jawnie się do niego odwołujące. Jak się zastanowić, to również byłbym za wysłaniem znacznej ilości ludzi na obóz, na którym leczy się problemy z koncentracją, lecz głównym kryterium przy wprowadzaniu pod prysznic nie byłoby pochodzenie, a niskie IQ. Taka już ze mnie tolerancyjna osoba, że każdemu daję równe prawo do godnej utylizacji, a w dzisiejszych czasach podczłowiekiem może być każdy i sami pewnie zauważyliście, jak wielu ich żyje pośród nas...
Ale wracamy do muzyki. Do brzydkiej muzyki, proszę państwa. Do brzydkiej, prostackiej i chorej muzyki, której jednocześnie słucha się z przyjemnością. Rosjanie z М8л8тх bowiem, podobnie jak Branikald czy Forest, wyłamują się z ogólnej zasady związanej z NSBM, która głosi: "im więcej <hitlerowania> i <aryjskości> w warstwie lirycznej, graficznej i symbolicznej, tym bardziej gówniana muzyka", którą to doskonale spełniają kapele w rodzaju Wolfnacht czy Der Stürmer. Rosjanie jednak, mimo dwóch ósemek (które z całą pewnością nie oznaczają tu "Heil Hammer") i swastyki w logo, grają dość sprawnie. Na swoim najnowszym wydawnictwie łączą najciekawsze elementy z dwóch poprzednich albumów:, nie zabraknie tu zatem wysokiego i histerycznego skrzeku wokalisty, ani skocznych i chwytliwych momentów, do których głowa sama się kiwa. Miłośnicy porządnego dorzucenia do pieca również znajdą coś dla siebie, choć nie będzie to już ten poziom rzeźni, co kiedyś. Początkowo zawiódł mnie całkowity brak instrumentów folkowych, nie ma tu ani jednego pierdnięcia na bałałajce czy też dmuchnięcia w fujarkę, jest jednak coś, co bez problemu nam to zrekompensuje: pomiędzy utworami umieszczone zostały trwające od minuty do prawie dwóch i pół przerywniki, które budują klimat całego albumu. Usłyszymy tu narratora opowiadającego nam całą "sagę o czarnym marszu", nie zabraknie też fragmentów wystrzałów i eksplozji, co w efekcie daje smaczek kojarzący się z muzyką z szufladki martial industrial. Te interwały znakomicie zgrywają się z metalową zawartością i choć niektórzy mogą uznać je za zwykłe zapychacze, osobiście uważam, że bez nich wydawnictwo straciłoby dużo ze swego klimatu, a o klimat wszak w bm chodzi, czyż nie? Można jeszcze dodać, że oprócz zupełnie nowych numerów pojawia się nowa wersja ""И всё же будет так", która brzmi inaczej, ale nie sądzę, że lepiej od wersji z albumu "Непоколебимая вера", po prostu inaczej, jakby "ładniej".
Na zakończenie słowotoku napiszę, że polecam zapoznanie się z tym materiałem z całego swojego gorejącego ogniem nienawiści do podludzi aryjskiego serduszka.
Ale wracamy do muzyki. Do brzydkiej muzyki, proszę państwa. Do brzydkiej, prostackiej i chorej muzyki, której jednocześnie słucha się z przyjemnością. Rosjanie z М8л8тх bowiem, podobnie jak Branikald czy Forest, wyłamują się z ogólnej zasady związanej z NSBM, która głosi: "im więcej <hitlerowania> i <aryjskości> w warstwie lirycznej, graficznej i symbolicznej, tym bardziej gówniana muzyka", którą to doskonale spełniają kapele w rodzaju Wolfnacht czy Der Stürmer. Rosjanie jednak, mimo dwóch ósemek (które z całą pewnością nie oznaczają tu "Heil Hammer") i swastyki w logo, grają dość sprawnie. Na swoim najnowszym wydawnictwie łączą najciekawsze elementy z dwóch poprzednich albumów:, nie zabraknie tu zatem wysokiego i histerycznego skrzeku wokalisty, ani skocznych i chwytliwych momentów, do których głowa sama się kiwa. Miłośnicy porządnego dorzucenia do pieca również znajdą coś dla siebie, choć nie będzie to już ten poziom rzeźni, co kiedyś. Początkowo zawiódł mnie całkowity brak instrumentów folkowych, nie ma tu ani jednego pierdnięcia na bałałajce czy też dmuchnięcia w fujarkę, jest jednak coś, co bez problemu nam to zrekompensuje: pomiędzy utworami umieszczone zostały trwające od minuty do prawie dwóch i pół przerywniki, które budują klimat całego albumu. Usłyszymy tu narratora opowiadającego nam całą "sagę o czarnym marszu", nie zabraknie też fragmentów wystrzałów i eksplozji, co w efekcie daje smaczek kojarzący się z muzyką z szufladki martial industrial. Te interwały znakomicie zgrywają się z metalową zawartością i choć niektórzy mogą uznać je za zwykłe zapychacze, osobiście uważam, że bez nich wydawnictwo straciłoby dużo ze swego klimatu, a o klimat wszak w bm chodzi, czyż nie? Można jeszcze dodać, że oprócz zupełnie nowych numerów pojawia się nowa wersja ""И всё же будет так", która brzmi inaczej, ale nie sądzę, że lepiej od wersji z albumu "Непоколебимая вера", po prostu inaczej, jakby "ładniej".
Na zakończenie słowotoku napiszę, że polecam zapoznanie się z tym materiałem z całego swojego gorejącego ogniem nienawiści do podludzi aryjskiego serduszka.
sobota, 16 listopada 2013
Czas na coś naprawdę brzydkiego.
Wena nie przechodzi, zatem należałoby dorzucić do pieca kolejnym wymiotem. Czas na zrecenzowanie nieco bardziej zaangażowanej muzyki - przed państwem zespół pieśni i tańca obozowego - Ohtar, ze swoim znakomitym "Petrified Breath of Hope". Dźwiękowy holokaust, który sugeruje okładka, rozpoczyna się dość szybko, wystarczy poczekać, aż rozkręci się otwierający album "Poison Me Samaritan" - motyw przewodni w tym utworze utylizuje wszystkich przeżartych polityczną poprawnością durniów, a jesli któryś przeżyje dźwiękową czystkę - czeka go jeszcze sześć kawałków do przetrzymania.Brzmienie jest odpowiednio surowe, jak przystało na black metal, a jednocześnie na tyle przejrzyste, aby mieć pewność, że nie nagrywano go w komorze gazowej... choć wsłuchując się w wokal, który wręcz "wwierca" się w czaszkę, można mieć co do tego lekkie wątpliwości. Kolejnym mocnym punktem (właściwie to ciężko znaleźć tu słabe punkty...) tego albumu jest rozpoczynający się niezwykle motorycznym riffem "Elite? Dust (Sometime...)", który od razu zapada w pamięć. To niewątpliwy urok tego albumu: posiada dużo chwytliwych momentów, które sprawiają, że chce się do niego wracać - tkwi w tym pewien paradoks, ponieważ ponury i odpychający z założenia materiał niekiedy okazuje się być wręcz przebojowy.
Ohtar, jak już wspomniano na początku, jest związany z nurtem muzyki zaangażowanej na rzecz ponownego uruchomienia obozów koncentracyjnych, lecz w przeciwieństwie do wielu tego typu grup doskonale broni się samą muzyką i może bez żadnych kompleksów konkurować z bardziej popularnymi i ugrzecznionymi grupami, a często wręcz je przewyższać.
P.S. Chciało mi się płakać, gdy wciągnęło mi taśmę z tą muzyką.
piątek, 15 listopada 2013
I tak nikt tego nie czyta.
No, to mamy piąteczek, piątunio, weekendzik, melanżyk, balety, wariaty i co tam kto lubi. Mamy też chwilkę czasu, bo postanowiliśmy spędzić ten piątek w trzeźwości i odosobnieniu, które to stany sprzyjają procesowi powstawania grafomańskich wymiocin. Do dzieła zatem.Zbliża się zima, ale że sporo jeszcze brakuje do siarczystych mrozów, ba, nawet nie było jeszcze porządnie zimno, zatem zajmę się czymś względnie łagodnym. Cóż to takiego? Ukraiński Khors ze swoim drugim albumem pod tytułem "Cold".
Na tej płycie brzmienie zespołu jest jeszcze względnie surowe w porównaniu z tym, co serwują nam na późniejszych wydawnictwach (o czym pewnie napiszę innym razem, a co na potrzeby tego tekstu enigmatycznie określę jako "blackmetalowe Pink Floyd"), lecz nie należy oczekiwać zbyt wielkiej ilości siarki. Jeśli cokolwiek tu nią zalatuje, to wokal, aczkolwiek jest to aromat dość ulotny. W kwestii muzycznej dużą rolę odgrywają instrumenty klawiszowe, które to budują całkiem interesujące tła dla "płynąco-szumiących" gitarowych riffów i niesamowicie nastrojowych solówek. Tak, Ukraińcy nie wstydzą się solówek i nie żałują ich, można ich tu usłyszeć naprawdę sporo, choć utrzymane są raczej w wolnych i średnich tempach, bez nikomu niepotrzebnych kucowatych galopad. "Cold" to zima w bardzo łagodnym wydaniu. Taka, którą możemy bezpiecznie obserwować zza okna, siedząc w ciepłym mieszkanku i podziwiając jej piękno, oddawać się przemyśleniom, bowiem Khors tworzy dość atmosferyczną i refleksyjną muzykę, przy której jednak nie zaśniemy z nudów.
Szczególnie zapadającym w pamięć momentem jest "gwizdana" melodia w kawałku "Conscious Burning", przyznam, że zdarzyło mi się przy niej wielokrotnie odpłynąć myślami gdzieś daleko i zawsze była to przyjemna podróż.
Podsumowując (bo tak wypada), jest to kawał przyjemnego i atmosferycznego grania, zaś tytułowe zimno nie jest szczególnie groźne nawet dla człowieka, który nie obcuje na co dzień z black metalem.
P.S. Znam tę płytę praktycznie na pamięć, ale przyjemnie było do niej wrócić na potrzeby pisania tej recenzji. Wspomniany "odpływający" moment nadal działa, zatem polecam.
P.P.S. Jak się dobrze poszuka, można dostać niebieską koszulkę z motywem z opisywanej tu płyty. Osobiście polecam, bardzo wygodna, zwłaszcza na lato, można się poczuć lepszym od twardogłowych kuców gotujących się w swoich koszulkach ze Srajbatonem tudzież Slejerem kurwa, a jednocześnie pozostać tró.
piątek, 8 listopada 2013
Wymiot nr 2.
Niedobrze mi ostatnimi czasy, czego efektem jest kolejny wymiot. Co tym razem...? Dla odmiany odrobina metalu, lecz zapewniam, że całkowicie wolnego od smrodu kuców, przyprawiona w dodatku solidną dawką folku. Zapraszam na recenzję Korpiklaani...
Naprawdę uwierzyliście? Autor posiada wiele wad i dysfunkcji, jest jednak w stu procentach heterykiem, zatem osoby chcące poczytać słowne masturbacje nad homoseksualnymi, wsiurskimi potupajcami muszą znaleźć sobie innego bloga do czytania.
Przechodzimy do sedna. Dziś na warsztat idzie poboczny projekt Satyra i Fenriza, czyli folkmetalowy Storm. Jest dokładnie na odwrót, niż pisałem na początku, ponieważ w istocie otrzymujemy tradycyjne skandynawskie melodie ludowe w zmetalizowanej wersji. Jeśli cały tzw. folk metal podzielić na dwie kategorie: wsiurskie i gejowate potupajce dla kuców i na coś, co ma w sobie to nienazwane "coś więcej", Storm zdecydowanie należy przypisać do tej drugiej. Na dobrą sprawę zawartość muzyczna ich jedynego "Nordavind" mogłaby spokojnie służyć za kompletną definicję wspomnianej kategorii, gdyż równowaga pomiędzy metalowym ciężarem a ludowością została zachowana w znakomitych proporcjach. Słychać tu (a także widać i czuć) wszystko to, co powinno kojarzyć się ze Skandynawią: chłód, mróz, smutek, nostalgię, fiordy, lasy, smród palonych kościołów... aż chce się oddychać pełną piersią! Dodatkowego klimatu nadaje fakt, że wszystkie piosenki wykonane są w języku norweskim.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje utwór "Noregsgard", którego motyw przewodni osobom twierdzącym, że mają choćby minimalne pojęcie o norweskiej scenie BM, powinien od razu skojarzyć się z jej "kwintesencją". Taka gra słowna, dobra, nie?
Polecam z całego serca, to właśnie jeden z tych przypadków, kiedy w żadnym wypadku nie piszę o niczym ładnym, za to z całą pewnością o czymś pięknym. Na swój mroczny sposób, rzecz jasna.
czwartek, 7 listopada 2013
Mentalna defekacja nr 1.
Niniejszy tekst stanowi próbę napisania dowcipnej i wciągającej recenzji, uważny czytelnik z pewnością dojrzy też w nim wiele sytuacji, w których autor usiłuje popisać się swoim ciętym językiem i wmówić czytelnikom, że posiada lekkie pióro. Do meritum (wspominałem, że będą też szpanerskie makaronizmy?) zatem.
Płytę otwiera bardzo spokojny i przyjemny "На сырой земле", któremu jednak w miarę trwania nie brakuje żywszych momentów i szybszego rytmu. Następnie mamy okazję usłyszeć próbę zmierzenia się z polskim językiem przez Rosjanina - zespół wziął bowiem na warsztat wiersz Grażyny Chrostowskiej o jakże radosnym tytule: "śmierć". Zdaniem autora, który sam zmaga się z językiem rosyjskim, wokalista z próby wyszedł obronną ręką i można bez większych problemów zrozumieć tekst. Jako trzeci utwór do międzynarodowego towarzystwa dołącza "U Hlybi Kryvavaj Hleby" - jest to jedno pasmo tajemniczej, cichej melodii słyszanej w tle, przeplatanej dodatkowo odgłosami bombardowań. Robi się martialowo. Warto się wsłuchać, aby w pełni wczuć się w nastrój, wrażenia gwarantowane. Zaraz po tych wojennych doznaniach następuje powrót do tradycyjnego neofolku - zespół raczy nas utworem tytułowym, by zaraz potem przejść do najmocniejszego punktu płyty - krótkiego, instrumentalnego "Zeljko", który to utwór, wnioskując po ogólnej otoczce zespołu, dedykowany jest pewnemu serbskiemu działaczowi, zaś szybka i na swój sposób podniosła melodia sugerują, że grupa bynajmniej nie jest wobec niego krytyczna. Album zamyka cover kultowego (wg tekstu we wkładce) rosyjskiego zespołu Chimera, którego jednak, przyznam się bez bicia, nie pofatygowałem się jeszcze poznać.
Jako ocenę końcową dam 9/10, aczkolwiek punkt odejmuję jedynie za wydanie - fakt, że nie otrzymałem płyty w pudełku, tylko w rozkładanej "ulotce" z dodatkową kartką w środku, nieco mnie zirytował. Trzeba jednak przyznać, że czarno-białe zdjęcia leśnych krajobrazów (próbkę widać na załączonym obrazku) idealnie komponują się z zawartością muzyczną i nie ma się na co za bardzo skarżyć. Mój egzemplarz jest oznaczony jako "100/214", zatem jeśli ktoś ma ochotę zaopatrzyć się w to wydawnictwo za pośrednictwem naszego Bunkier Productions, powinien się streszczać.
Z trollowym pozdrowieniem.
Raz, dwa, trzy... próba internetu.
Zrobiłem to. Założyłem bloga. Po co? Łaknę atencji, bo jestem zakompleksionym i zamkniętym w sobie pryszczatym, otyłym nastolatkiem, który kompletnie nie radzi sobie w życiu... no dobra, nieco mijam się z prawdą. Nie mam już "nastu" lat. Jestem trollem. Złośliwym i mało inteligentnym. I niepoważnym.
Det som trolling var. Lubię gry słów. "O trollowaniu, które kiedyś było". Bo wszystko już kiedyś było, tylko koniec świata coś nie chce nastąpić. Czemu taka nazwa? Wszak jest tyle ładniejszych... no właśnie. Ten blog absolutnie nie ma być ładny, nie to było moim zamierzeniem. Tematyka również nie będzie ładna, może niekiedy ocierać się o pojmowane w bardzo specyficzny sposób piękno, ale absolutnie nie znajdziecie tu czegoś ładnego. Nigdy. Brzydzę się wszechobecnym blichtrem i fałszywym do bólu pozytywnym przekazem.
O czym będzie ten blog? Nie da się tego sprecyzować. Piszę, bo nie mam nic do powiedzenia. Jak każdy. Ten blog to moja kloaka, dokonywać w niej będę mentalnej defekacji. Niekiedy trafi tu też jakiś grafomański wymiot, albo wszystko zaleje fala frustracji mocno przyprawionej mizantropią. Prawdopodobnie i tak nikt tego nie przeczyta, ale będę posługiwać się pytaniami służącymi do pozornego podtrzymania kontaktu, bo tak jest bardziej schozofrenicznie. W przyszłości, gdy ogarnę już technikalia, przekopiuję tę treść do czegoś w rodzaju "o mnie". Na wypadek, gdyby zrobiło się mniej schizofrenicznie i kogoś zaciekawiło, cóż to za błazen uskutecznia to całe pustosłowie.
Det som trolling var. Lubię gry słów. "O trollowaniu, które kiedyś było". Bo wszystko już kiedyś było, tylko koniec świata coś nie chce nastąpić. Czemu taka nazwa? Wszak jest tyle ładniejszych... no właśnie. Ten blog absolutnie nie ma być ładny, nie to było moim zamierzeniem. Tematyka również nie będzie ładna, może niekiedy ocierać się o pojmowane w bardzo specyficzny sposób piękno, ale absolutnie nie znajdziecie tu czegoś ładnego. Nigdy. Brzydzę się wszechobecnym blichtrem i fałszywym do bólu pozytywnym przekazem.
O czym będzie ten blog? Nie da się tego sprecyzować. Piszę, bo nie mam nic do powiedzenia. Jak każdy. Ten blog to moja kloaka, dokonywać w niej będę mentalnej defekacji. Niekiedy trafi tu też jakiś grafomański wymiot, albo wszystko zaleje fala frustracji mocno przyprawionej mizantropią. Prawdopodobnie i tak nikt tego nie przeczyta, ale będę posługiwać się pytaniami służącymi do pozornego podtrzymania kontaktu, bo tak jest bardziej schozofrenicznie. W przyszłości, gdy ogarnę już technikalia, przekopiuję tę treść do czegoś w rodzaju "o mnie". Na wypadek, gdyby zrobiło się mniej schizofrenicznie i kogoś zaciekawiło, cóż to za błazen uskutecznia to całe pustosłowie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


