czwartek, 7 listopada 2013

Mentalna defekacja nr 1.



Niniejszy tekst stanowi próbę napisania dowcipnej i wciągającej recenzji, uważny czytelnik z pewnością dojrzy też w nim wiele sytuacji, w których autor usiłuje popisać się swoim ciętym językiem i wmówić czytelnikom, że posiada lekkie pióro. Do meritum (wspominałem, że będą też szpanerskie makaronizmy?) zatem.

Recenzja dotyczyć będzie wydanego w 2007 roku minialbumu rosyjskiego Ritual Front pod przyjemnym tytułem "Солнце Мёртвых", który to dla niewładających piękną mową naszych wschodnich braci tłumaczy się na brzmiący już mniej egzotycznie "The Sun Of The Dead". Znajduje się na nim sześć utworów, więc nie zaszkodzi każdego pokrótce opisać, zwłaszcza, że wszystkie są charakterystyczne.

Płytę otwiera bardzo spokojny i przyjemny "На сырой земле", któremu jednak w miarę trwania nie brakuje żywszych momentów i szybszego rytmu. Następnie mamy okazję usłyszeć próbę zmierzenia się z polskim językiem przez Rosjanina - zespół wziął bowiem na warsztat wiersz Grażyny Chrostowskiej o jakże radosnym tytule: "śmierć". Zdaniem autora, który sam zmaga się z językiem rosyjskim, wokalista z próby wyszedł obronną ręką i można bez większych problemów zrozumieć tekst. Jako trzeci utwór do międzynarodowego towarzystwa dołącza "U Hlybi Kryvavaj Hleby" - jest to jedno pasmo tajemniczej, cichej melodii słyszanej w tle, przeplatanej dodatkowo odgłosami bombardowań. Robi się martialowo. Warto się wsłuchać, aby w pełni wczuć się w nastrój, wrażenia gwarantowane. Zaraz po tych wojennych doznaniach następuje powrót do tradycyjnego neofolku - zespół raczy nas utworem tytułowym, by zaraz potem przejść do najmocniejszego punktu płyty - krótkiego, instrumentalnego "Zeljko", który to utwór, wnioskując po ogólnej otoczce zespołu, dedykowany jest pewnemu serbskiemu działaczowi, zaś szybka i na swój sposób podniosła melodia sugerują, że grupa bynajmniej nie jest wobec niego krytyczna. Album zamyka cover kultowego (wg tekstu we wkładce) rosyjskiego zespołu Chimera, którego jednak, przyznam się bez bicia, nie pofatygowałem się jeszcze poznać.

Jako ocenę końcową dam 9/10, aczkolwiek punkt odejmuję jedynie za wydanie - fakt, że nie otrzymałem płyty w pudełku, tylko w rozkładanej "ulotce" z dodatkową kartką w środku, nieco mnie zirytował. Trzeba jednak przyznać, że czarno-białe zdjęcia leśnych krajobrazów (próbkę widać na załączonym obrazku) idealnie komponują się z zawartością muzyczną i nie ma się na co za bardzo skarżyć. Mój egzemplarz jest oznaczony jako "100/214", zatem jeśli ktoś ma ochotę zaopatrzyć się w to wydawnictwo za pośrednictwem naszego Bunkier Productions, powinien się streszczać.

Z trollowym pozdrowieniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz