piątek, 13 grudnia 2013

"Każde przetrwanie to zwycięstwo improwizacji"

Do tej pory recenzowałem same płyty, pomyślałem zatem, że warto byłoby napisać coś o jakiejś książce, aby zachować pewną równowagę. Będzie zatem o książce, a nawet o czterech – tyle bowiem tomów liczy sobie dość popularny ostatnio cykl Jarosława Grzędowicza o Vuko Drakkainenie vel Ulfie Nitj’sefni, czyli „Pan Lodowego Ogrodu”.

 Szczegółów fabuły, rzecz jasna, zdradzać nie zamierzam, muszę jednak nadmienić, że lektura książki jest bardzo przyjemna i potrafi wciągnąć na wiele godzin, ale w żadnym wypadku nie jest to czas zmarnowany, ponieważ, oprócz wzbogacenia swojego słownictwa o fińskie i chorwackie przekleństwa, czytelnik dowie się wielu przydatnych rzeczy, przykładowo tego, że każdy mężczyzna potrafi w czarodziejski sposób napełnić naczynie,
nie ruszając się z miejsca. Jest dużo humoru, nie zabraknie wartkiej akcji, a także wyrazistych postaci, zatem odbiór lektury jako dobrej powieści fantasy/s-f powinien przebiegać bez zakłóceń.
 Ja jednak chciałem naskrobać kilka słów o czymś, co czyni tę książkę czymś więcej, niż tylko kolejnym „średniowiecznopodobnym” czytadłem (na szczęście bez metroseksualnych elfów w tle) – a jest to otoczka i aluzje do naszego świata. Kim jest bowiem protagonista? To mieszkaniec naszej pięknej planety, pochodzący z niedalekiej przyszłości, do której konsekwentnie zmierza miłościwie nam panująca klasa eurokratów... i w tym tkwi właśnie cały urok tej powieści: Jarosław Grzędowicz zdaje się mieć bardzo krytyczne zdanie na temat tego, co obecnie ma miejsce. Próbuje poprzez porównania, jakie wysnuwa jego bohater wędrujący po quasi-średniowiecznej planecie, pobudzić czytelnika do tego, aby zaczął zastanawiać się, czy aby obecnie nie próbuje się nam w białych rękawiczkach i poprzez tylną furtkę wprowadzić swego rodzaju totalitaryzmu. Zadaje pytanie o zasadność inwigilacji w imię bezpieczeństwa, zwraca też uwagę na istne zatrzęsienie coraz to nowych przepisów, które próbują regulować każdy, najbardziej nawet prozaiczny, aspekt naszego życia w imię chronienia nas przed nami samymi. Autor przestrzega także przed wszelkiego rodzaju inżynierami społecznymi, którzy chcą dopasować człowieka do wymyślonego przez siebie doskonałego świata, w interesujący sposób pokazuje też, co może się stać, gdy takowi inżynierowie uzyskają nagle dostęp do odpowiednich narzędzi.  
 Grzędowicz uczynił ze swojego światopoglądu swoistą oś, wokół której kręci się cała powieść – dla pewnych osób może być to problem, zwłaszcza, jeśli sami mają odmienne od autora zdanie, ja jednak jestem z takiego obrotu sprawy zadowolony. Może się to wydać twierdzeniem nieco na wyrost, ale doszukiwałbym się wręcz swego rodzaju próby uczynienia „Pana Lodowego Ogrodu” powieścią filozoficzną, a osobiście uważam, że formuła powieści fantasy jest przyjemniejsza w odbiorze od opowiastki o chłopcu oswajającym lisy, jest bowiem mniej nachalna ze swoim dydaktyzmem. Dodatkowo, możemy tu też znaleźć typowe dla literatury s-f motywy antyutopii, żeby wspomnieć choćby „My” Zamiatina (uwaga, wtrącenie-przechwałka: autor recenzji czytał to w oryginale) czy tez „Limes Inferior” Zajdla.
Na koniec dodam, że swą powieścią Grzędowicz odpowiada na pytanie, dlaczego wszelkiej maści genderystów, tolerastów i radykalne feministki należy profilaktycznie poddać utylizacji, tak po prostu, na wsiakij słuczaj.


P.S. Okładki z obrazka pochodzą z drugiego wydania i są po wielokroć lepsze od posiadanych przeze mnie pierwszych wydań, zatem jak kogoś na nie stać, niech bierze w ciemno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz