Do tej pory recenzowałem same płyty,
pomyślałem zatem, że warto byłoby napisać coś o jakiejś
książce, aby zachować pewną równowagę. Będzie zatem o książce,
a nawet o czterech – tyle bowiem tomów liczy sobie dość
popularny ostatnio cykl Jarosława Grzędowicza o Vuko Drakkainenie
vel Ulfie Nitj’sefni, czyli „Pan Lodowego Ogrodu”.
Szczegółów fabuły, rzecz jasna, zdradzać nie zamierzam, muszę jednak nadmienić, że lektura książki jest bardzo przyjemna i potrafi wciągnąć na wiele godzin, ale w żadnym wypadku nie jest to czas zmarnowany, ponieważ, oprócz wzbogacenia swojego słownictwa o fińskie i chorwackie przekleństwa, czytelnik dowie się wielu przydatnych rzeczy, przykładowo tego, że każdy mężczyzna potrafi w czarodziejski sposób napełnić naczynie,
Ja jednak chciałem naskrobać kilka
słów o czymś, co czyni tę książkę czymś więcej, niż tylko
kolejnym „średniowiecznopodobnym” czytadłem (na szczęście bez
metroseksualnych elfów w tle) – a jest to otoczka i aluzje do
naszego świata. Kim jest bowiem protagonista? To mieszkaniec naszej
pięknej planety, pochodzący z niedalekiej przyszłości, do której
konsekwentnie zmierza miłościwie nam panująca klasa eurokratów...
i w tym tkwi właśnie cały urok tej powieści: Jarosław Grzędowicz
zdaje się mieć bardzo krytyczne zdanie na temat tego, co obecnie ma
miejsce. Próbuje poprzez porównania, jakie wysnuwa jego bohater wędrujący
po quasi-średniowiecznej planecie, pobudzić czytelnika do tego, aby
zaczął zastanawiać się, czy aby obecnie nie próbuje się nam w
białych rękawiczkach i poprzez tylną furtkę wprowadzić swego
rodzaju totalitaryzmu. Zadaje pytanie o zasadność inwigilacji w
imię bezpieczeństwa, zwraca też uwagę na istne zatrzęsienie
coraz to nowych przepisów, które próbują regulować każdy,
najbardziej nawet prozaiczny, aspekt naszego życia w imię
chronienia nas przed nami samymi. Autor przestrzega także przed
wszelkiego rodzaju inżynierami społecznymi, którzy chcą dopasować
człowieka do wymyślonego przez siebie doskonałego świata, w
interesujący sposób pokazuje też, co może się stać, gdy takowi
inżynierowie uzyskają nagle dostęp do odpowiednich narzędzi.
Grzędowicz uczynił ze swojego
światopoglądu swoistą oś, wokół której kręci się cała
powieść – dla pewnych osób może być to problem, zwłaszcza,
jeśli sami mają odmienne od autora zdanie, ja jednak jestem z
takiego obrotu sprawy zadowolony. Może się to wydać twierdzeniem
nieco na wyrost, ale doszukiwałbym się wręcz swego rodzaju próby
uczynienia „Pana Lodowego Ogrodu” powieścią filozoficzną, a
osobiście uważam, że formuła powieści fantasy jest
przyjemniejsza w odbiorze od opowiastki o chłopcu oswajającym lisy,
jest bowiem mniej nachalna ze swoim dydaktyzmem. Dodatkowo, możemy
tu też znaleźć typowe dla literatury s-f motywy antyutopii, żeby
wspomnieć choćby „My” Zamiatina (uwaga, wtrącenie-przechwałka:
autor recenzji czytał to w oryginale) czy tez „Limes Inferior”
Zajdla.
Na koniec dodam, że swą powieścią
Grzędowicz odpowiada na pytanie, dlaczego wszelkiej maści
genderystów, tolerastów i radykalne feministki należy
profilaktycznie poddać utylizacji, tak po prostu, na wsiakij
słuczaj.
P.S. Okładki z obrazka pochodzą z drugiego wydania i są po wielokroć lepsze od posiadanych przeze mnie pierwszych wydań, zatem jak kogoś na nie stać, niech bierze w ciemno.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz