poniedziałek, 25 listopada 2013

eM osiem eL osiem Te Ha

W poprzednim poście wspominałem o ruchu we współczesnej w muzyce, którego jednym z postulatów jest ponowne uruchomienie obozów koncentracyjnych, prawda? Mimo, że sam nie przepadam za wąsatym malarzem z Austrii, to darzę pewnym sentymentem zespoły mniej lub bardziej jawnie się do niego odwołujące. Jak się zastanowić, to również byłbym za wysłaniem znacznej ilości ludzi na obóz, na którym leczy się problemy z koncentracją, lecz głównym kryterium przy wprowadzaniu pod prysznic nie byłoby pochodzenie, a niskie IQ. Taka już ze mnie tolerancyjna osoba, że każdemu daję równe prawo do godnej utylizacji, a w dzisiejszych czasach podczłowiekiem może być każdy i sami pewnie zauważyliście, jak wielu ich żyje pośród nas...

Ale wracamy do muzyki. Do brzydkiej muzyki, proszę państwa. Do brzydkiej, prostackiej i chorej muzyki, której jednocześnie słucha się z przyjemnością. Rosjanie z М8л8тх bowiem, podobnie jak Branikald czy Forest, wyłamują się z ogólnej zasady związanej z NSBM, która głosi: "im więcej <hitlerowania> i <aryjskości> w warstwie lirycznej, graficznej i symbolicznej, tym bardziej gówniana muzyka", którą to doskonale spełniają kapele w rodzaju Wolfnacht czy Der Stürmer. Rosjanie jednak, mimo dwóch ósemek (które z całą pewnością nie oznaczają tu "Heil Hammer") i swastyki w logo, grają dość sprawnie. Na swoim najnowszym wydawnictwie łączą najciekawsze elementy z dwóch poprzednich albumów:, nie zabraknie tu zatem wysokiego i histerycznego skrzeku wokalisty, ani skocznych i chwytliwych momentów, do których głowa sama się kiwa. Miłośnicy porządnego dorzucenia do pieca również znajdą coś dla siebie, choć nie będzie to już ten poziom rzeźni, co kiedyś. Początkowo zawiódł mnie całkowity brak instrumentów folkowych, nie ma tu ani jednego pierdnięcia na bałałajce czy też dmuchnięcia w fujarkę, jest jednak coś, co bez problemu nam to zrekompensuje: pomiędzy utworami umieszczone zostały trwające od minuty do prawie dwóch i pół przerywniki, które budują klimat całego albumu. Usłyszymy tu narratora opowiadającego nam całą "sagę o czarnym marszu", nie zabraknie też fragmentów wystrzałów i eksplozji, co w efekcie daje smaczek kojarzący się z muzyką z szufladki martial industrial. Te interwały znakomicie zgrywają się z metalową zawartością i choć niektórzy mogą uznać je za zwykłe zapychacze, osobiście uważam, że bez nich wydawnictwo straciłoby dużo ze swego klimatu, a o klimat wszak w bm chodzi, czyż nie? Można jeszcze dodać, że oprócz zupełnie nowych numerów pojawia się nowa wersja ""И всё же будет так", która brzmi inaczej, ale nie sądzę, że lepiej od wersji z albumu "Непоколебимая вера", po prostu inaczej, jakby "ładniej".

Na zakończenie słowotoku napiszę, że polecam zapoznanie się z tym materiałem z całego swojego gorejącego ogniem nienawiści do podludzi aryjskiego serduszka.

sobota, 16 listopada 2013

Czas na coś naprawdę brzydkiego.

 Wena nie przechodzi, zatem należałoby dorzucić do pieca kolejnym wymiotem. Czas na zrecenzowanie nieco bardziej zaangażowanej muzyki - przed państwem zespół pieśni i tańca obozowego - Ohtar, ze swoim znakomitym "Petrified Breath of Hope". Dźwiękowy holokaust, który sugeruje okładka, rozpoczyna się dość szybko, wystarczy poczekać, aż rozkręci się otwierający album "Poison Me Samaritan" - motyw przewodni w tym utworze utylizuje wszystkich przeżartych polityczną poprawnością durniów, a jesli któryś przeżyje dźwiękową czystkę - czeka go jeszcze sześć kawałków do przetrzymania.

Brzmienie jest odpowiednio surowe, jak przystało na black metal, a jednocześnie na tyle przejrzyste, aby mieć pewność, że nie nagrywano go w komorze gazowej... choć wsłuchując się w wokal, który wręcz "wwierca" się w czaszkę, można mieć co do tego lekkie wątpliwości. Kolejnym mocnym punktem (właściwie to ciężko znaleźć tu słabe punkty...) tego albumu jest rozpoczynający się niezwykle motorycznym riffem "Elite? Dust (Sometime...)", który od razu zapada w pamięć. To niewątpliwy urok tego albumu: posiada dużo chwytliwych momentów, które sprawiają, że chce się do niego wracać - tkwi w tym pewien paradoks, ponieważ ponury i odpychający z założenia materiał niekiedy okazuje się być wręcz przebojowy.

Ohtar, jak już wspomniano na początku, jest związany z nurtem muzyki zaangażowanej na rzecz ponownego uruchomienia obozów koncentracyjnych, lecz w przeciwieństwie do wielu tego typu grup doskonale broni się samą muzyką i może bez żadnych kompleksów konkurować z bardziej popularnymi i ugrzecznionymi grupami, a często wręcz je przewyższać.


P.S. Chciało mi się płakać, gdy wciągnęło mi taśmę z tą muzyką.

piątek, 15 listopada 2013

I tak nikt tego nie czyta.


No, to mamy piąteczek, piątunio, weekendzik, melanżyk, balety, wariaty i co tam kto lubi. Mamy też chwilkę czasu, bo postanowiliśmy spędzić ten piątek w trzeźwości i odosobnieniu, które to stany sprzyjają procesowi powstawania grafomańskich wymiocin. Do dzieła zatem.

Zbliża się zima, ale że sporo jeszcze brakuje do siarczystych mrozów, ba, nawet nie było jeszcze porządnie zimno, zatem zajmę się czymś względnie łagodnym. Cóż to takiego? Ukraiński Khors ze swoim drugim albumem pod tytułem "Cold".

Na tej płycie brzmienie zespołu jest jeszcze względnie surowe w porównaniu z tym, co serwują nam na późniejszych wydawnictwach (o czym pewnie napiszę innym razem, a co na potrzeby tego tekstu enigmatycznie określę jako "blackmetalowe Pink Floyd"), lecz nie należy oczekiwać zbyt wielkiej ilości siarki. Jeśli cokolwiek tu nią zalatuje, to wokal, aczkolwiek jest to aromat dość ulotny. W kwestii muzycznej dużą rolę odgrywają instrumenty klawiszowe, które to budują całkiem interesujące tła dla "płynąco-szumiących" gitarowych riffów i niesamowicie nastrojowych solówek. Tak, Ukraińcy nie wstydzą się solówek i nie żałują ich, można ich tu usłyszeć naprawdę sporo, choć utrzymane są raczej w wolnych i średnich tempach, bez nikomu niepotrzebnych kucowatych galopad. "Cold" to zima w bardzo łagodnym wydaniu. Taka, którą możemy bezpiecznie obserwować zza okna, siedząc w ciepłym mieszkanku i podziwiając jej piękno, oddawać się przemyśleniom, bowiem Khors tworzy dość atmosferyczną i refleksyjną muzykę, przy której jednak nie zaśniemy z nudów.

Szczególnie zapadającym w pamięć momentem jest "gwizdana" melodia w kawałku "Conscious Burning", przyznam, że zdarzyło mi się przy niej wielokrotnie odpłynąć myślami gdzieś daleko  i zawsze była to przyjemna podróż.

Podsumowując (bo tak wypada), jest to kawał przyjemnego i atmosferycznego grania, zaś tytułowe zimno nie jest szczególnie groźne nawet dla człowieka, który nie obcuje na co dzień z black metalem.


P.S. Znam tę płytę praktycznie na pamięć, ale przyjemnie było do niej wrócić na potrzeby pisania tej recenzji. Wspomniany "odpływający" moment nadal działa, zatem polecam.
P.P.S. Jak się dobrze poszuka, można dostać niebieską koszulkę z motywem z opisywanej tu płyty. Osobiście polecam, bardzo wygodna, zwłaszcza na lato, można się poczuć lepszym od twardogłowych kuców gotujących się w swoich koszulkach ze Srajbatonem tudzież Slejerem kurwa, a jednocześnie pozostać tró.

piątek, 8 listopada 2013

Wymiot nr 2.


Niedobrze mi ostatnimi czasy, czego efektem jest kolejny wymiot. Co tym razem...? Dla odmiany odrobina metalu, lecz zapewniam, że całkowicie wolnego od smrodu kuców, przyprawiona w dodatku solidną dawką folku. Zapraszam na recenzję Korpiklaani...


Naprawdę uwierzyliście? Autor posiada wiele wad i dysfunkcji, jest jednak w stu procentach heterykiem, zatem osoby chcące poczytać słowne masturbacje nad homoseksualnymi, wsiurskimi potupajcami muszą znaleźć sobie innego bloga do czytania.

Przechodzimy do sedna. Dziś na warsztat idzie poboczny projekt Satyra i Fenriza, czyli folkmetalowy Storm. Jest dokładnie na odwrót, niż pisałem na początku, ponieważ w istocie otrzymujemy tradycyjne skandynawskie melodie ludowe w zmetalizowanej wersji. Jeśli cały tzw. folk metal podzielić na dwie kategorie: wsiurskie i gejowate potupajce dla kuców i na coś, co ma w sobie to nienazwane "coś więcej", Storm zdecydowanie należy przypisać do tej drugiej. Na dobrą sprawę zawartość muzyczna ich jedynego "Nordavind" mogłaby spokojnie służyć za kompletną definicję wspomnianej kategorii, gdyż równowaga pomiędzy metalowym ciężarem a ludowością została zachowana w znakomitych proporcjach. Słychać tu (a także widać i czuć) wszystko to, co powinno kojarzyć się ze Skandynawią: chłód, mróz, smutek, nostalgię, fiordy, lasy, smród palonych kościołów... aż chce się oddychać pełną piersią! Dodatkowego klimatu nadaje fakt, że wszystkie piosenki wykonane są w języku norweskim.

Na szczególne wyróżnienie zasługuje utwór "Noregsgard", którego motyw przewodni osobom twierdzącym, że mają choćby minimalne pojęcie o norweskiej scenie BM, powinien od razu skojarzyć się z jej "kwintesencją". Taka gra słowna, dobra, nie?

Polecam z całego serca, to właśnie jeden z tych przypadków, kiedy w żadnym wypadku nie piszę o niczym ładnym, za to z całą pewnością o czymś pięknym. Na swój mroczny sposób, rzecz jasna.

czwartek, 7 listopada 2013

Mentalna defekacja nr 1.



Niniejszy tekst stanowi próbę napisania dowcipnej i wciągającej recenzji, uważny czytelnik z pewnością dojrzy też w nim wiele sytuacji, w których autor usiłuje popisać się swoim ciętym językiem i wmówić czytelnikom, że posiada lekkie pióro. Do meritum (wspominałem, że będą też szpanerskie makaronizmy?) zatem.

Recenzja dotyczyć będzie wydanego w 2007 roku minialbumu rosyjskiego Ritual Front pod przyjemnym tytułem "Солнце Мёртвых", który to dla niewładających piękną mową naszych wschodnich braci tłumaczy się na brzmiący już mniej egzotycznie "The Sun Of The Dead". Znajduje się na nim sześć utworów, więc nie zaszkodzi każdego pokrótce opisać, zwłaszcza, że wszystkie są charakterystyczne.

Płytę otwiera bardzo spokojny i przyjemny "На сырой земле", któremu jednak w miarę trwania nie brakuje żywszych momentów i szybszego rytmu. Następnie mamy okazję usłyszeć próbę zmierzenia się z polskim językiem przez Rosjanina - zespół wziął bowiem na warsztat wiersz Grażyny Chrostowskiej o jakże radosnym tytule: "śmierć". Zdaniem autora, który sam zmaga się z językiem rosyjskim, wokalista z próby wyszedł obronną ręką i można bez większych problemów zrozumieć tekst. Jako trzeci utwór do międzynarodowego towarzystwa dołącza "U Hlybi Kryvavaj Hleby" - jest to jedno pasmo tajemniczej, cichej melodii słyszanej w tle, przeplatanej dodatkowo odgłosami bombardowań. Robi się martialowo. Warto się wsłuchać, aby w pełni wczuć się w nastrój, wrażenia gwarantowane. Zaraz po tych wojennych doznaniach następuje powrót do tradycyjnego neofolku - zespół raczy nas utworem tytułowym, by zaraz potem przejść do najmocniejszego punktu płyty - krótkiego, instrumentalnego "Zeljko", który to utwór, wnioskując po ogólnej otoczce zespołu, dedykowany jest pewnemu serbskiemu działaczowi, zaś szybka i na swój sposób podniosła melodia sugerują, że grupa bynajmniej nie jest wobec niego krytyczna. Album zamyka cover kultowego (wg tekstu we wkładce) rosyjskiego zespołu Chimera, którego jednak, przyznam się bez bicia, nie pofatygowałem się jeszcze poznać.

Jako ocenę końcową dam 9/10, aczkolwiek punkt odejmuję jedynie za wydanie - fakt, że nie otrzymałem płyty w pudełku, tylko w rozkładanej "ulotce" z dodatkową kartką w środku, nieco mnie zirytował. Trzeba jednak przyznać, że czarno-białe zdjęcia leśnych krajobrazów (próbkę widać na załączonym obrazku) idealnie komponują się z zawartością muzyczną i nie ma się na co za bardzo skarżyć. Mój egzemplarz jest oznaczony jako "100/214", zatem jeśli ktoś ma ochotę zaopatrzyć się w to wydawnictwo za pośrednictwem naszego Bunkier Productions, powinien się streszczać.

Z trollowym pozdrowieniem.

Raz, dwa, trzy... próba internetu.

Zrobiłem to. Założyłem bloga. Po co? Łaknę atencji, bo jestem zakompleksionym i zamkniętym w sobie pryszczatym, otyłym nastolatkiem, który kompletnie nie radzi sobie w życiu... no dobra, nieco mijam się z prawdą. Nie mam już "nastu" lat. Jestem trollem. Złośliwym i mało inteligentnym. I niepoważnym.

Det som trolling var. Lubię gry słów. "O trollowaniu, które kiedyś było". Bo wszystko już kiedyś było, tylko koniec świata coś nie chce nastąpić. Czemu taka nazwa? Wszak jest tyle ładniejszych... no właśnie. Ten blog absolutnie nie ma być ładny, nie to było moim zamierzeniem. Tematyka również nie będzie ładna, może niekiedy ocierać się o pojmowane w bardzo specyficzny sposób piękno, ale absolutnie nie znajdziecie tu czegoś ładnego. Nigdy. Brzydzę się wszechobecnym blichtrem i fałszywym do bólu pozytywnym przekazem.

O czym będzie ten blog? Nie da się tego sprecyzować. Piszę, bo nie mam nic do powiedzenia. Jak każdy. Ten blog to moja kloaka, dokonywać w niej będę mentalnej defekacji. Niekiedy trafi tu też jakiś grafomański wymiot, albo wszystko zaleje fala frustracji mocno przyprawionej mizantropią. Prawdopodobnie i tak nikt tego nie przeczyta, ale będę posługiwać się pytaniami służącymi do pozornego podtrzymania kontaktu, bo tak jest bardziej schozofrenicznie. W przyszłości, gdy ogarnę już technikalia, przekopiuję tę treść do czegoś w rodzaju "o mnie". Na wypadek, gdyby zrobiło się mniej schizofrenicznie i kogoś zaciekawiło, cóż to za błazen uskutecznia to całe pustosłowie.