poniedziałek, 30 grudnia 2013

Blog and shitting.

Dziś będzie o zjawisku zupełnie dla mnie niezrozumiałym, a zataczającym coraz to szersze kręgi: o blogach "książkowych"

Recenzują płytkie książki dla intelektualnie kalekich ludzi, w dodatku w kiepski sposób (zamieściłem tu, póki co, jedną recenzję książki - sugeruję porównać ją ze swoimi wypocinami, kochane bloggerki), a jednoczesnie mają rzesze obserwatorów.  To trochę jak z muchami zlatującymi się do gówna. Co więcej, istnieją całe wydawnictwa specjalizujące się w marnowaniu papieru na te ich niedorobione książki, które w dodatku nawiązują z tymi domorosłymi recenzentkami współpracę.

Konkretnych przykładów podawać nie będę choćby z tego względu, aby nie nie ulepszać im pozycjonowania nawet tym skromnym i niszowym zapleczem czytelniczym, jakim tu dysponuję.

Nie, to nie jest tak, że zazdroszczę: musiałbym upaść naprawdę nisko, aby zazdrościć bycia kimś takim i posiadania takiej grupy odbiorców. Ja tylko wyrzucam z siebie żółć, jestem wszak trollem, brzydkim i złośliwym stworzeniem, które chce tylko czynić innym szkodę.

Chcę zniszczyć wasze żałosne życia i potraktujcie to jako akt miłosierdzia, bo tym w istocie będzie uwolnienie was z okowów waszej pozbawionej znaczenia egzystencji.

piątek, 20 grudnia 2013

Kristallnacht, heilige Nacht.

Można już powoli zacząć oficjalnie narzekać na wszechobecny świąteczny blichtr i nachalną propagandę, która każe nam cieszyć się ze wszystkiego wokół. Czas rozpocząć wielki festiwal obłudy polegający na uczestniczeniu w zakupowym amoku i fałszywej życzliwości wobec osób, które najchętniej pocięlibyśmy nożem. Drewnianym. Najwyższa pora, aby zacząć narzekać na bezmyślny tłum pełen konformistycznych robotów, samemu będąc jego częścią. Sam to właśnie czynię i sprawia mi to ogromną satysfakcję, ale ja jestem tylko złośliwym i niezbyt inteligentnym trollem, więc mi wolno. Nie omieszkam też poskarżyć się na wszechobecność tych przesłodzonych piosenek o tematyce świątecznej. Ba, zdarzyło mi się nawet raz usłyszeć to cholerne "Last Christmas" i kilka piosenek nawiązujących do narodzin pewnego proroka. A skoro już jesteśmy przy temacie jego narodzin, to osobiście wolę, gdy śpiewa się o nim w ten sposób:




Pozostaje mi tylko życzyć każdemu tego, co najlepsze:

- Kobietom, aby wszystko, co zjedzą, poszło im gdziekolwiek, tylko nie w cycki
- Ludziom z natury aspołecznym życzę konieczności obcowania z dawno niewidzianą rodziną i konieczności ciągłego sprawiania wrażenia czerpania z tego przyjemności. Chcę, abyście przeklinali te dni w swoich myślach i po świętach byli bardziej zmęczeni życiem, niż przed nimi.
- Osobom religijnym, a zwłaszcza katolikom, życzę jak najczęstszych szyderstw i oskarżeń o podtrzymyanie zabobonów. Chcę, abyście w okresie świąt byli szczególnie świadomi tego, że wpływ waszej religii na życie ludzi nieubłaganie słabnie z każdym kolejnym dniem. Z każdą minutą. Z każdym przeczytanym na tym blogu słowem. Teraz. Cały czas.
- Wojującym ateistom życzę wewnętrznego cierpienia, gdy kolejny raz zmuszą się do konformizmu i ulegną społecznej presji uczestnictwa w obrzędach religijnych. Szczerze liczę na to, że będziecie czuć się źle.
- Osobom samotnym życzę, aby bombardujące ich z każdej strony komunikaty o rodzinnych i pełnych ciepła świętach podniosły ich zwyczajne cierpienie do nieznośnego poziomu. Niech wasza samotność będzie niczym otwarta rana, którą ktoś właśnie posypał solą. Macie cierpieć katusze i mysleć o odebraniu sobie życia.

Niech gwiazdor albo Dziadek Mróz przyniosą wam wszystkim coś pięknego i wartościowego. Na przykład zagładę.



P.S.  To pierwsza notka z tagiem "pseudofilozofia" - dlaczego taki? Wychodzę z prostego założenia, że prawdziwych filozofów dawno już nie ma, a w dobie post(czy właściwie post-post)modernizmu nie jesteśmy zdolni do uprawiania autentycznej filozofii

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Całuj tyłek czarnego kota.

Tym razem wracamy do opisywania muzyki, ale jeszcze nie wybieramy się do lasu (nie samym black metalem człowiek żyje), obiecuję jednak, że nie zabraknie klimatu. I miłości do zwierząt.

Czy zespół o takiej nazwie można traktować poważnie? Czy od obcowania z ich twórczością dowolnemu facetowi spodnie gwałtownie nie zwężą się do rozmiarów hipsterskich rurek tudzież miażdżących genitalia jeansów popularnych wśród thrasherów? Czy po włączeniu ich dowolnego kawałka nie nachodzi człowieka na cyknięcie samojebki i opatrzenie jej jakimś przemądrzałym podpisem helveticą?

Wszelkim bogom (poza Allahem i Jahwe, bo śmierdzą) dziękować, ale nic takiego nie ma miejsca. Belgowie z Kiss the Anus of a Black Cat bronią się swoją muzyką - muzyką specyficzną, oscylującą wokół lekkiego rocka i neofolku. W dźwiękach generowanych przez zespół można doszukać się czegoś rytualnego i transowego, a głos ekspresyjny wokalisty zawiera w sobie dużą dawkę emocji. Szczególnie wróżnić należy kawałek, który wciągnął mnie od pierwszego usłyszenia, czyli niesamowicie hipnotyczne "Veneration", które często zdarzało mi się zapętlić. Jest to absolutnie najlepszy punkt albumu, zwłaszcza, gdy utwór się już rozkręci.

Grupę poleciłbym osobom, które lubią się przemądrzać i wozić tym, jakiej to alternatywnej, niszowej i ambitnej rockowej muzyki oni nie słuchają - Kiss the Anus of a Black Cat pozamiata ich przereklamowany chłam i być może jeszcze wyrośnie z tych ludzi coś dobrego, a nie tylko kolejny materiał do utylizacji. Muzyka powinna się też spodobać fanom neofolkowych klimatów, którzy dopuszczają odstępstwa od formuły wypracowanej przez brytyjską "świętą trójcę" tego nurtu, a także wszystkim spragnionym szczerej, niebanalnej i przyjemnej w odbiorze muzyki.


P.S. Nazwa sama w sobie nawiązuje do średniowiecznego rytuału - czarna koszka była bowiem wg powszechnych wierzeń wcieleniem diabła, zatem wiedźmy, chcąc oddać na sabacie cześć szatanowi, całowały kocią dupę jego awatara.

piątek, 13 grudnia 2013

"Każde przetrwanie to zwycięstwo improwizacji"

Do tej pory recenzowałem same płyty, pomyślałem zatem, że warto byłoby napisać coś o jakiejś książce, aby zachować pewną równowagę. Będzie zatem o książce, a nawet o czterech – tyle bowiem tomów liczy sobie dość popularny ostatnio cykl Jarosława Grzędowicza o Vuko Drakkainenie vel Ulfie Nitj’sefni, czyli „Pan Lodowego Ogrodu”.

 Szczegółów fabuły, rzecz jasna, zdradzać nie zamierzam, muszę jednak nadmienić, że lektura książki jest bardzo przyjemna i potrafi wciągnąć na wiele godzin, ale w żadnym wypadku nie jest to czas zmarnowany, ponieważ, oprócz wzbogacenia swojego słownictwa o fińskie i chorwackie przekleństwa, czytelnik dowie się wielu przydatnych rzeczy, przykładowo tego, że każdy mężczyzna potrafi w czarodziejski sposób napełnić naczynie,
nie ruszając się z miejsca. Jest dużo humoru, nie zabraknie wartkiej akcji, a także wyrazistych postaci, zatem odbiór lektury jako dobrej powieści fantasy/s-f powinien przebiegać bez zakłóceń.
 Ja jednak chciałem naskrobać kilka słów o czymś, co czyni tę książkę czymś więcej, niż tylko kolejnym „średniowiecznopodobnym” czytadłem (na szczęście bez metroseksualnych elfów w tle) – a jest to otoczka i aluzje do naszego świata. Kim jest bowiem protagonista? To mieszkaniec naszej pięknej planety, pochodzący z niedalekiej przyszłości, do której konsekwentnie zmierza miłościwie nam panująca klasa eurokratów... i w tym tkwi właśnie cały urok tej powieści: Jarosław Grzędowicz zdaje się mieć bardzo krytyczne zdanie na temat tego, co obecnie ma miejsce. Próbuje poprzez porównania, jakie wysnuwa jego bohater wędrujący po quasi-średniowiecznej planecie, pobudzić czytelnika do tego, aby zaczął zastanawiać się, czy aby obecnie nie próbuje się nam w białych rękawiczkach i poprzez tylną furtkę wprowadzić swego rodzaju totalitaryzmu. Zadaje pytanie o zasadność inwigilacji w imię bezpieczeństwa, zwraca też uwagę na istne zatrzęsienie coraz to nowych przepisów, które próbują regulować każdy, najbardziej nawet prozaiczny, aspekt naszego życia w imię chronienia nas przed nami samymi. Autor przestrzega także przed wszelkiego rodzaju inżynierami społecznymi, którzy chcą dopasować człowieka do wymyślonego przez siebie doskonałego świata, w interesujący sposób pokazuje też, co może się stać, gdy takowi inżynierowie uzyskają nagle dostęp do odpowiednich narzędzi.  
 Grzędowicz uczynił ze swojego światopoglądu swoistą oś, wokół której kręci się cała powieść – dla pewnych osób może być to problem, zwłaszcza, jeśli sami mają odmienne od autora zdanie, ja jednak jestem z takiego obrotu sprawy zadowolony. Może się to wydać twierdzeniem nieco na wyrost, ale doszukiwałbym się wręcz swego rodzaju próby uczynienia „Pana Lodowego Ogrodu” powieścią filozoficzną, a osobiście uważam, że formuła powieści fantasy jest przyjemniejsza w odbiorze od opowiastki o chłopcu oswajającym lisy, jest bowiem mniej nachalna ze swoim dydaktyzmem. Dodatkowo, możemy tu też znaleźć typowe dla literatury s-f motywy antyutopii, żeby wspomnieć choćby „My” Zamiatina (uwaga, wtrącenie-przechwałka: autor recenzji czytał to w oryginale) czy tez „Limes Inferior” Zajdla.
Na koniec dodam, że swą powieścią Grzędowicz odpowiada na pytanie, dlaczego wszelkiej maści genderystów, tolerastów i radykalne feministki należy profilaktycznie poddać utylizacji, tak po prostu, na wsiakij słuczaj.


P.S. Okładki z obrazka pochodzą z drugiego wydania i są po wielokroć lepsze od posiadanych przeze mnie pierwszych wydań, zatem jak kogoś na nie stać, niech bierze w ciemno.

sobota, 7 grudnia 2013

Tym razem jeszcze odgrzewany, ale pichci się już kilka nowych kąsków.

Ludziom dobrze zorientowanym w klimatach EBM Tyske Ludder przedstawiać nie trzeba, a znajdą się także i tacy, którym daleko do znawców (do czego bez bicia przyznaje się autor tejże recenzji) tego nurtu, a mimo wszystko zetknęli się nie tylko z tuzami gatunku pokroju Suicide Commando czy:Wumpscut:, ale także z twócami "Diaspory".
Jaka jest "Diaspora"? Czy jako całość dorównuje rewelacyjnemu "Anonymous"? Czy zawiera miażdżące hity na miarę starego "Hexenjagd" i "Monotonie"? Odpowiedzi znajdziecie właśnie w tej recenznzji, zatem nie szukajcie ich już nigdzie indziej!

W nastrój panujący na najnowszym albumie Tyske Ludder wprowadza nas intro, w którym słyszymy komputerowo przesterowany głos przemawiający do nas po niemiecku. O czym mówi, niestety nie wiem, ale samo brzmienie tego języka zapowiada solidną dawkę tego, co najbardziej liczy się w muzyce elektronicznej wg pewnej popularnej w sieci przeróbki filmu z austriackim malarzem.
Kolejne trzy utwory w pewnej części się z tej zapowiedzi wywiązują, atakując słuchacza całkiem szybkimi bitami okraszonymi szorstkimi niemieckimi wokalami, do których grupa zdążyła przyzwyczaić. Następnie, wraz z utworem tytułowym wkrada się nieco przebojowości w postaci refrenu, który bardzo przyjemnie wpada w ucho.
Kawałek "For Their Glory", poza językiem, w jakim jest wykonany, odróżnia się też sporą ilością czystych wokali. Nie należy się jednak obawiać, agresywny bit i silny emocjonalny wydźwięk sampli chroni nasze uszy przed nadmiarem słodyczy i bez problemu odsieje ugrzecznionych metroseksualnych chłopców z kablami we włosach.
Następne, co zapada w pamięć, to skoczny i niemalże wesoły początek utworu "Nur ein Traum", który jednak płynnie przechodzi w ciężki elektroniczny walec. Dalej słyszymy średnie i szybsze tempa, ciężkie sample i zadarte wokale, czyli to, co najlepsze u Nierządnicy. Opisywanie wszystkich utworów po kolei nie miałoby większego sensu... aż do dwóch ostatnich.
 "Abgesang (Northborne Remix)", to następna mocna rzecz w repertuarze usług Tyske Ludder, zdecydowanie warta każdej ceny. Niesamowicie pulsujący bit, który sprawia, że przed oczami pojawia się obraz dyskoteki pełnej rosłych blondynów w czarnych mundurach i ponętnych blondynek o zmysłowych krągłościach ciasno opiętych przez skórzane gorsety. To pewnie przez ten niemiecki język, który jest wprost stworzony do takiej muzyki. Wisienką na torcie jest utwór, który zarówno tytułem, jak i rytmem nawiązuje do najlepszego moim zdaniem aktu Nierządnicy, czyli "Anonymous". Posłuchajcie sami.

W tym momencie czas na odrobinę narzekań, garść osobistych wynurzeń i podsumowanie - "Anonymous" Tyske Ludder to pierwszy album EBM, jakiego posłuchałem i stał się on moim prywatnym punktem odniesienia przy kolejnych spotkaniach z tego typu brzmieniami. Wiąże się też z nim wiele miłych wspomnień, do których ten (jak to swego czasu błyskotliwie wykombinowaliśmy ze znajomymi) "Rammstein bez gitar" pełnił rolę ścieżki dźwiękowej.

Podsumowując, "Diaspora" w żadnym wypadku nie jest zła, ale jeśli przypadkiem bardzo spodobał Ci się "Anonymous", to istnieje duże prawdopodobieństwo, że do najnowszego aktu Tyske Ludder nie będziesz wracać zbyt często, pomijając może wyróżnione powyżej utwory. "Diaspora" jest najzwyczajniej w świecie słabsza, ale sądzę, że osobom pozbawionym opisanego przeze mnie skrzywienia może się spodobać, to wszak nadal bardzo konkretny EBM.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Wymiot, który wyrzuciłem na portal alternation. Zamieszczam także i u siebie. Bo mogę.

Nowe wydawnictwo Legionarii powinno się spodobać przede wszystkim koneserom stylu martial (czy też, jak sami muzycy określają swoją twórczość i zachęcają do nazywania tak całego nutru – military) industrial. Jeśli komuś, kto twórczość Triarii zna już na wyrywki, nadal mało tego typu muzyki, powinien sprawdzić, co mają do zaoferowania młodsi legioniści. Historyczną analogię można pociągnąć dalej i stwierdzić, że w porównaniu ze wspomnianą grupą są jeszcze wprawdzie na poziomie hastati, są to jednak bardzo zawzięci hastati, którym rychło wróżę awans w szeregi principes.
Komu jeszcze może się spodobać to wydawnictwo? Z pewnością ludziom, którzy są zainteresowani szeroko rozumianą tematyką wojenną i podoba się im motyw wojny w sensie estetycznym, a z jakichś powodów nie mają ochoty na black metal. Miłośników pewnych niszowych odmian tego ostatniego powinny także przyciągnąć niemieckojęzyczne tytuły utworów takich jak "Ahnenerbe" i "Sieg!". Oba, poza miło kojarzącymi się nazwami, mają też żwawy i przyjemny rytm, a z tego pierwszego możemy dodatkowo dowiedzieć się nieco na temat pewnego stowarzyszenia (aczkolwiek zakładam, że wśród miłośników tego typu muzyki nie ma ludzi, którzy by przynajmniej nie kojarzyli tejże nazwy).
Polubią ją też miłośnicy podniosłej atmosfery i patosu, potrafiący docenić majestatyczne neoklasyczne brzmienie i dudniące bębny. Jest to muzyka, która potrafi skłonić do zadumy, wzbudzić tęsknotę za światem wartości, które nigdy już nie powrócą, a jednocześnie potrafi dać siłę, aby chociaż podjąć próbę walki z wszechogarniającymi marazmem i kosmpolityzmem i ocalić przymajmniej cząstkę tego świata, gdzieś na dnie własnej duszy.
Muzyka Legionarii spodobać się powinna także osobom, których światopogląd odbiega od wytyczonych przez polityczną poprawność kanonów.
Pisać, komu się nie spodoba, nie ma chyba sensu, bo takie osoby niemal automatycznie klasyfikują tego typu brzmienia jako propagandowy nośnik wiadomych treści i nawet nie spróbują zrozumieć, o co tu chodzi. I dobrze, bo to czyni cały nurt martial (czy też military) odpowiednio niszowym, żeby nie napisać: elitarnym.
Żelazny Legion maszeruje dalej!